Читать книгу Е Mierд┤ Magцёw Z Yara - Eugeniusz Dд≥bski


Вы не зарегистрированы!

Если вы хотите скачивать книги бесплатно без рекламы и без смс, оставлять комментарии и отзывы, учавствовать в различных интересных мероприятиях, получать скидки в книжных магазинах и многое другое, то Вам необходимо зарегистрироваться в нашей Электронной Библиотеке.


Поделиться книгой с друзьями:



Страница 1

Eugeniusz Dębski

Śmierć Magów z Yara

Prolog

Mike przystanął na szczycie kilku schodków prowadzących z małego tarasu na asfaltowy placyk przed hotelem. Oparł się o poręcz, uniósł lewą stopę do góry i pokręcił nią sprawdzając, czy opatrunek nie wżyna się w nogę. Podnosząc głowę zobaczył przy samochodzie Sue i Dicka trzymających Mukiego za obrożę. Pies przyglądał się Mike’owi uważnie, w jego spojrzeniu wszyscy doszukiwali się skruchy. Mike też chciał ją dostrzec, aby pozbyć się myśli towarzyszącej mu uparcie od chwili nałożenia bandaży. Zastanawiał się poważnie, czy nie należałoby jednak rozstać się z tym zwierzakiem.

– I jak? – usłyszał z boku.

– Dobrze – westchnął i zaczął schodzić kulejąc lekko. Helen dogoniła go na przedostatnim schodku, wyprzedziła i spojrzała w oczy.

– Może zostaniemy tu jeszcze ze dwa dni? – zapytała. – Przecież nic nas nie goni. Mamy tu świetną pogodę i dzieciom…

– Daj spokój – skrzywił się Mike. – Nic mi nie jest. A poza tym do Bruilesseau jest tylko półtorej godziny drogi. Przed autostradą będę potrzebował tej nogi tylko raz, używając sprzęgła. Potem mogę ją wystawić przez okno. Nie? – uśmiechnął się raźnie i mrugnął do żony.

– Świetnie – odwzajemniła uśmiech, ale jakieś nie zadane pytanie pozostało w jej oczach. – Mike… – rzuciła spojrzenie w stronę dzieci grzecznie czekających na rodziców -…Wiesz… Susan powiedziała mi wczoraj, że chcesz się pozbyć Mukiego – zaczerpnęła powietrza i szybko dodała: – Powiedziałam jej, że to bzdura, ale chciałabym żebyś to wiedział… Dzieciaki są przerażone tym wypadkiem, boją się, że będziesz chciał…

– Odegrać się na nim? Czy wy jesteście normalni? – Mike zareagował gwałtowniej niż wypadało, ale zawsze denerwował się, gdy ktoś odgadywał jego niezbyt czyste zamiary. – Nie mam zamiaru rozstawać się z Mukim. No! – uśmiechnął się szeroko. – Idziemy!

Podeszli do samochodu. Pies podniósł się i popatrzył na Mike’a, ogon wykonał kilka nieśmiałych wahnięć i zamarł. Mike przykucnął przed nowofundlandem i położył rękę na jego głowie. Pogłaskał psa i odebrał sporą porcję merdania, ale Muki jakby wyczuwał powagę chwili, nie tańczył jak zwykle w miejscu, nie usiłował polizać ręki.

– Tato… On się czuje bardzo źle – powiedział cicho, prawie niesłyszalnie, Dick.

Mike wstał i uśmiechnął się do niego.

– Niepotrzebnie. Zapomniałem już o całej tej historii. Zresztą nigdy nie miałem do niego wielkich pretensji – popatrzył na psa i zapytał: – Jasne, Muki?

Pies machnął kilka razy ogonem i wskoczył do przedziału bagażowego. Dzieci wpakowały się na tylne siedzenie. Mike usiadł za kierownicą i czekał, aż Helen zamknie Mukiego, wsiądzie i zapnie pasy.

– Start! – zawołał i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik usłużnie połknął iskrę i zaskoczył. Mike chwilę odczekał i włączył pierwszy bieg. Wóz wytoczył się wolno z przyhotelowego parkingu i wyjechał na drogę prowadzącą do autostrady.

Z tylnych foteli dochodziły szepty dzieci, Muki wzdychał układając się za siatką. Po chwili droga skręciła łagodnie w prawo, zakręt zacieśnił się przed wjazdem na autostradę. Mike wyhamował i pomyślał, że gdyby Muki ugryzł go w prawą stopę byłoby znacznie gorzej – musiałaby prowadzić Helen, a oboje tego nie lubili. Zatrzymał wóz przepuszczając zielonego peugeota i wytoczył się na prawy pas, stopniowo zwiększając szybkość. Wrzucił czwarty bieg, rozparł się wygodnie w fotelu, zerknął w oba lusterka, rzucił okiem na deskę rozdzielczą i zadowolony z przeglądu popatrzył na żonę.

– Mam wrażenie, że nie bardzo ci leży ta podróż – zagadnął. – Przyznaj się.

– Ja ich zupełnie nie znam – Helen odwróciła się do męża i przybrała minkę rozkapryszonej dziewczynki, która ma zamiar się rozpłakać, ale sama jeszcze nie wie z jakiego powodu. – Wygląda, że jesteś nimi wręcz zafascynowany. Ciekawa jestem czy oni po twoich opowieściach będą równie oczarowani nami – przeszła na bardziej konkretny ton.

– Jeżeli nie, to rozczaruję się potwornie i zerwę z nimi. Znaczyłoby to, że pomyliłem się co do nich i ich zdolności umysłowych. Piałem na waszą cześć prawdziwe dytyramby. Musieli docenić albo wiersze, albo was jako natchnienie. Na pewno się sobie spodobacie.

Zerknął w boczne lusterko i włączył kierunkowskaz. Prawa stopa mocniej przycisnęła pedał gazu i zaczęli zwolna mijać olbrzymią ciężarówkę. Przedefilował przed nimi olbrzymi rysunek zajmujący cały bok metalowego pudła. W olbrzymim sercu całowała się para, śmiesznie wyciągnęli do siebie wargi. Pod spodem widniał napis: „Alska MER”.

– Alska mer… – przeczytał głośno Dick. – Co to znaczy, tato?

– Mer, to szwedzka firma. Chyba produkują jakieś soki czy inne napoje. A jednocześnie to słowo znaczy: „więcej”. Natomiast „alska” znaczy: „kochaj”. W sumie: „Kochaj więcej”. Taki slogan reklamowy, ma dwa znaczenia.

Helen prychnęła i przykryła usta dłonią. Mike spojrzał na nią.

– Z czego się śmiejesz?

– Jesteś taki poważny. Nie odpowiadasz mu, raczej udzielasz informacji – nachyliła się i przyłożyła usta do ucha Mika. – Słyszałam jak Dick opowiadał Sue o samolotach. Naśladował ciebie idealnie.

Wróciła na swój fotel i śmiała się cicho. W lusterku wstecznym Mike zobaczył oczy i czoło Dicka. Mrugnął do syna i zarejestrował takie samo mrugnięcie. Puścił oko jeszcze raz i wrócił wzrokiem do szosy przed samochodem. Po prawej stronie pojawiła się duża tablica. Napis informował, że zbliżają się do terenów zajętych przez bazę wojskową i że na odcinku szesnastu kilometrów obowiązuje prędkość minimalna – osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Druga tablica identycznej treści zaatakowała ich wzrok kilometr dalej.

– Tatusiu… Dlaczego nie można jechać wolniej? – zapytała Sue, gdy brat przeczytał napis.

– Żeby nie można było patrzeć na bazę, prawda? – szybko wtrącił Dick.

– Nie ciebie się pytam! – nadąsała się mała. – Tatusia pytam!

– On ma rację, kochanie.

– No to dlaczego nic nie widać? – grymasiła dziewczynka.

– Nie wiem, chyba dlatego, że skarpa zasłania widok. A może w ogóle nic nie widać? Nie wiem – wzruszył ramionami Mike.

– No to dlaczego nie pozwalają patrzeć, skoro i tak nic nie widać? – droczyła się Sue.

– Tego to ja już nie wiem! – oświadczył Mike.

– Widzicie? – wtrąciła się Helen. – Nawet wasz ojciec nie wie wszystkiego.

– No właśnie. A mówił, że dobrze uczył się w szkole! – złośliwie podsumowała Sue.

– Rany boskie! I po cóż mi takie wredne dzieci? – Mike puścił na sekundę kierownicę i wzniósł ręce pod dach.

Na chwilę zapadła cisza jakby wszyscy zamilkli w poszukiwaniu odpowiedzi. Zakłócały ją tylko szelest kół, mechaniczna kołysanka silnika i odgłos śmierci owadów uderzających w przednią szybę. Mike włączył spryskiwacz i wycieraczki obserwując ich pracę, dopóki nie ujrzał drogowskazu z napisem: „Ferney 17”.

– Tu gdzieś powinien być zjazd, jeszcze przed Ferney. Patrzcie dobrze, żebyśmy nie musieli wracać z powrotem.

– A po co spaliśmy w hotelu, będąc tak blisko Bruilesseau? – zapytał Dick.

– Przecież tłumaczyłem wam wczoraj – przyjechaliśmy za późno. Nie można pakować się ludziom do domu o północy, robić zamieszanie i tak dalej. Dziwię się, że sam tego nie rozumiesz – Helen postarała się zawrzeć odpowiednią porcję dezaprobaty w głosie.

– Cicho wszyscy! – Mike oderwał prawą rękę od kierownicy i podniósł palec w górę. – Macie patrzeć na prawo i szukać zjazdu do Proinier. O! Chyba jest – włączył kierunkowskaz i zwolnił.

Wóz zatoczył półkole i ruszył w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyjechali. W Proinier bez kłopotów dotarli do rynku i – zgodnie ze wskazówkami Paula – skręcili w odchodzącą w prawo uliczkę. Po chwili Mike skręcił w lewo, potem, zgodnie z kierunkiem ruchu, jeszcze raz w lewo i jeszcze raz, i znalazł się w rynku. Helen prychnęła i cała czwórka śmiała się przez chwilę. Potem Mike okrążył rynek i powtórnie wjechał w uliczkę, która miała ich wyprowadzić za miasto do posiadłości Paula. Po sześciu minutach znów zobaczyli rynek. Tym razem Mike już się nie śmiał. Piekła go stopa, a układ znaków drogowych i informacyjnych miasteczka zaczynał go doprowadzać do pasji. Podjechał jeszcze raz do domniemanego wylotu z miasta i wychylił głowę z okienka.

– Good morning! – krzyknął do najbliższego przechodnia i przeszedł na francuski. – Nie wie pan jak wyjechać z miasta w kierunku Bruilesseau?

Mężczyzna popatrzył na niego obojętnie i poszedł dalej. Mike zaklął w duchu i poczekał aż zbliży się inny mieszkaniec Proinier. Ten okazał się jeszcze mniej uprzejmy – zaklął brzydko i nie zwolnił nawet kroku. Dopiero szósty zapytany wskazał drogę, choć wyraźnie zniecierpliwiony zwłoką w jakichś swoich sprawach.

– Cozzaludzie! – jęknął Mike zawracając samochód. – Jakby im było trudno poinformować kogoś w dwóch zdaniach. Sympatyczne miasteczko! – dorzucił z ironią.

– Nie przesadzaj – Helen sięgnęła do skrytki i wyjęła papierosy.

. . .
- продолжение на следующей странице -